|
Montenegro - Czarnogóra
Stanął mi w gardle pistaszek - powiedział Areczek, po nieudanej próbie połknięcia orzeszka arachidowego - to dało mi pewność, że z tymi ludźmi nie będę się nudził! Oj! Nie dało się nudzić, ale od początku...
Oczywiście, nie wybralibyśmy się na tą wyprawę bez przewodnika. Jak to było w przypadku Turcji, skorzystaliśmy z Wydawnictwa Bezdroża "Czarnogóra. Fiord na Adriatyku". Polecam! Dokładne opisy, mapy, wiele pomocnych informacji.
25.04.04 Belgrad płacze na nasz widok, niebo tonie w ołowiu, jest brzydko szaro i zimno, a my na wakacje jedziemy! Remont torowiska uziemia nas na 12 godzin (sic!) w tej uroczej stolicy. Przecież nie będziemy siedzieć na dworcu i mimo padającego deszczu ruszamy na miasto. Idziemy na Cytadele i do znajdującego się tam, muzeum wojskowego. W muzeum jest specjalna sala prezentującą "Agresje NATO na Serbie w 1999 roku". Można tam zobaczyć fragmenty zestrzelonego amerykańskiego samolotu F-117 i mundury wziętych do niewoli pilotów. W drodze powrotnej, przechodząc obok jakiegoś kościoła trafiliśmy na ślub, nic niezwykłego, ale przy wejściu leżą monety, które obudziły w Kowalu żyłkę numizmatyczną, ale duma (i zgromadzony tłumek gości weselnych) nie pozwoliła zbierać drobnych pod kościołem - przecież do Unii wchodzimy! Jednak trzy przecznice dalej, jak się okazuje po ciężkich zmaganiach z samym sobą Kowal wraca się – długo go nie ma – musiał zrobić dwa okrążenia wokół kościoła nim się towarzystwo rozeszło. Kowal prawdopodobnie przestawił parę młodą pozującą do zdjęcia, bo akurat stali na pieniążku:) Kupujemy chleb i wino i tak zaopatrzeni, wsiadamy do kuszetek do Baru. Galeria: Burzliwy dojazd do Baru 26.04.04Po wschodzie Słońca za oknami piękne widoki. Góry, wiadukty, tunele - bardzo malownicza trasa. Dziewiąta rano – jesteśmy wreszcie nad Adriatykiem, ale coś tu zimno! Dworzec tandetny, turystów nie ma żadnych, tylko psy bezpańskie, ale jest palma! Jak się okazało, łajza Areczek zostawił buty w wagonie, więc się zaczęło ganianie po bocznicach … jednak udało się. Wojasy przetrwały kolejną próbę. Po chwili targów, wsiadamy do taksówki do Kotoru. KOTOR – jak dla mnie mały Dubrownik. Czerwone dachówki, ściśnięte kamienice, przyjemny klimat do włóczenia się i wypicia piwka w licznych knajpkach. Nad starym miastem górują szczątki twierdzy. Śliczny widok na Bokę Kotorską, morze i góry – tylko błękitu nieba brakuje. Po wycieczce szukamy noclegu, udało się znaleźć jakieś 10 min od centrum za 6 euro. Jak się okazuje później, można było w tej samej cenie znaleźć na starym mieście – wystarczy pochodzić po uliczkach, a zaraz ktoś zaczepi oferując nocleg. My dla własnej wygody zostawiliśmy plecaki w hotelu, więc Kotorczycy nie domyślili się. Wracamy na nocne piwko do centrum, a potem na molo gdzie sączymy czarnogórskie wino i gadamy o pierdołach. 27.04.04 Łapiemy stopa do Perast, aby obejrzeć żelazny punkt każdej wycieczki. Chodzi o dwie wysepki z kościółkami (Gospa od Skrpjela i Sveti Djordje), na które dopływamy za jedyne 2E od łba. No, no ładnie tu mają. Warto było!
Skoro nam poszło jakoś z dojazdem do Perastu, to atakujemy Budve. Stare miasto, też czerwone dachówki, też wąskie uliczki i też morze – wszystko na jedno kopyto! Niestrudzeni łapiemy dalej stopa, ale wreszcie słońce wyszło, plaża za nami … Edyty nie musiałem namawiać! Nazwałbym to partyzanckim kąpaniem. Cali słoni, ale dumni, że zaliczyliśmy Adriatyk, łapiemy busa do Podgoricy. Tu wsiadamy do autobusu kierując się na monaster Ostrog. Po ok. 1,5 h wysiadamy na jakimś skrzyżowaniu, szukamy monasteru i widzimy – małą oświetloną kropkę, gdzieś hen na skalnym zboczu góry. Chciałbym w tym momencie zauważyć, że jest godzina 20, ciemno, głucho, ciężkie plecaki i jak drogowskaz pokazuje 8 km pod górę! Dziwnym trafem zjawia się taxi i za „jedyne” 10 euro zawiezie nas pod monaster! Pierwszy impuls, idziemy na nogach, ale jak doszedł do głosu rozsądek i zimna kalkulacja, wsiadamy, ale nie bez targów, jedziemy za 5e za wszystkich. Kierowca nie pierwszy raz tędy jechał i wyglądało, że chce mieć ten kurs już z głowy, więc średniej nie powstydziłby się Hołowczyc. Szerokość krętej drogi, tylko miejscami dochodziła do 4 m, a barierek to w ogóle nie widziałem. Frajda niesamowita… ale nie dla wszystkich. Kowal siedział jak na szpilkach, patrząc to raz na kierowcę, to raz na zbliżającą się przepaść. Wysiadamy pod monasterem dolnym. Czeka nas 30 min deptania asfaltu. Ale co to było za deptanie! Cisza, księżyc, droga wije się po zboczu i co pewien czas wyłania się oświetlony, wbudowany w zagłębienie pionowej ściany, monaster Górny Ostrog – bajkowo!Dochodzimy pod monaster, żywej duszy. Jemy kolacje i zaczynamy rozglądać się za opisanymi w przewodniku salami dla pielgrzymów. Jak się okazuje, jest ich dużo, pełnych ławek i koców. Znajdujemy pusta sale, zawinięci w śpiwory zasypiamy… 28.04.04 Rano zwiedzamy monaster … wiele nie ma, dziwne, bo jest to najważniejszy ośrodek religijny Serbskiej Cerkwi Prawosławnej (może mimowolnie, próbuje porównać to miejsce z naszą Częstochową). Mały sklepik z dewocjonaliami, budynek mieszkalny i dwie kaplice (cerkwie), łazienki oddalone o jakieś 200 m od monasteru i to wszystko. Ruch jest ciągły - pielgrzymi przyjeżdżają dniem i nocą, to samochodem to na piechotę.
Tuż przed śniadaniem, doszło do burzliwego kontaktu popa (wyznanie prawosławne) z Areczkiem (wyznanie rzymsko-katolickie). To, że oboje nie rozumieli siebie, nie stało na przeszkodzie do wymiany pozdrowień. Otóż na „zaczepkę” popa, Areczek szybko odpowiada „Niech Będzie Pochwalony”. Rozeszli się w Pokoju!
Pogoda wyrobiła się – decydujemy się na powrót stopem do głównej drogi. Edycie i Kowalowi, sztuczka ta, udaje się. Natomiast reszta (całe dwie sztuki) robi sobie 8. km spacer. Po wielu przygodach i z pomocą ręki opatrzności – spotykamy się na dworcu w Niksić. Generalnie syf i malaria, toalety jak na dworcu na Ukrainie. Pyszna herbata miętowa pomogła zabić czas w oczekiwaniu na autobus do Żabljaka.
Trasa ciekawa, nie powiem. Krętą, oczywiście bez barierek drogą autobus „nabiera wysokości” zbliżając się do najwyżej położonego miasta w całej byłej Jugosławii – 1450 m n.p.m. Od czasu do czasu wyłaniają się tonące w śniegu szczyty Parku Narodowego Durmitor – po jaką cholerę my tam jedziemy?! Przecież dwa dni wcześniej taplaliśmy się w Adriatyku.Żabljak – jak dla mnie prosto z „Przystanku Alaska” – małe senne miasteczko, otoczone górami. Pada, zimno, a my w krótkich spodenkach i sandałach! Udaje nam się znaleźć tanie noclegi – 5 euro od osoby i do tego prawie cały dom dla nas! Wychodzimy na nocny rekonesans – knajp i punktów gastronomicznych to na palcach jednej ręki można policzyć, sklepów spożywczych jest więcej. No nic, jemy i pijemy na salonach… Galeria: Monaster Dolny i Górny Ostrog 29.04.04Jak wczoraj przywitało nas ołowiane niebo, tak dzisiaj rano oczom naszym ukazał się krystalicznie czysty ogrom błękitu nieba. Parę kanapek, coś do picia i już jesteśmy nad Czarnym Jeziorem (Crno Jezero). Ośnieżone szczyty gór, bezchmurne niebo, zero turystów – dech w piersi zapiera. Szybko dochodzimy do Jeziora Zimnego (Zimne Jezero). Nagle, z kontemplacji piękna przyrody, wyrywa nas krzyk Kowala – „O Jezu!”. Czyżby, pod wpływem tegoż piękna miał widzenie?! Nie! To przyłączył się do nas pies, zwykły pies łajdak – który towarzyszył nam przez całą wycieczkę.
W miarę nabierania wysokości, pojawia się coraz więcej śniegu, co sprawia najwięcej kłopotu Areczkowi, który, jak mogłem o tym jeszcze nie wspomnieć, szedł w sandałach (sic!) – komentując całą sytuację, tym, że zaskoczyły go warunki pogodowe w strefie podzwrotnikowej!Dochodzimy do ślicznej polany, usianej krokusami i … oczywiście pojawia się problem. Edyta chce iść, ciągle iść, gdzieś dojść i wrócić stopem. Kofcio, stary weteran górski, podchodzi do sprawy ostrożniej - nieznane góry, nieprzetarte szlaki itd. Ja, jako Krakus – obstaje za krakowskim targiem – czyli coś pośrodku. A Areczek, jak zwykle – się dostosuje – przecież jest doskonale przygotowany na zimową wędrówkę po górach:). Obieramy na celowniku szczyt, przez który, najprawdopodobniej przechodzi szlak i ostro pod górę! Zaczęło się. Śnieg po jaja i problemy ze szlakiem. Prowadzę wycieczkę na nosa i o dziwo, co jakiś czas pojawia się szlak. Jednak musiało dojść do rozbicia. Kowal obija, a my w trójkę i pies Burek idziemy dalej. Zamiast się trzymać razem, Areczek z Edytą (i z Burkiem) poszli w swoją drogę, a ja w swoją. Teraz zaczyna się opowieść z mojego samotnego punktu widzenia. Po przedarciu się przez kosodrzewinę i ominięciu wielu pułapek śnieżnych:) dochodzę do podnóża docelowej góry. Zaczynam ostre, niezwykle męczące i diabelnie niebezpieczne podejście. Świetna kondycja, doświadczenie wysokogórskie i Scarpy z Vibramem - uczyniły szczyt w zasięgu ręki. W połowie stoku, zaczynam jednak odczuwać pewne obawy. Otóż:
Wreszcie są. Pierwszy Kowal – zły. „Mam szczęście – mówi - że szlak znalazłem”. O co mu kurwa chodzi???.... O co Kowalowi chodziło wyjaśni opowieść reszty członków wyprawy. Otóż zostaliśmy we trójkę, ponieważ Bogusz obrał odmienny kierunek drogi. Po około półgodzinnym zmaganiu się ze śniegiem, Kowal już postanawia się wracać. O tak, tego jeszcze brakowało! Bogusz w oddali napiera na szczyt, Kowal zwątpił, a my z Areczkiem podążamy jeszcze inna drogą. Po kilku namowach Kowala do odwrotu, nie dajemy z Areczkiem za wygraną, tylko brniemy po kolana w śniegu naprzód. Zatroskany Koffcio rzuca piorunami-argumentami w naszą stronę. Tu cytuję „ Edyta! Mówię do Ciebie, wracajmy się! Widzisz tamtą chmurę? Burza idzie! ...latarek nie mamy! Szlaku nie ma! I nawet nie wiemy gdzie jesteśmy na mapie” Jednak, gdy i to nie skutkuje Kofcio postanawia sam się wrócić, chowając się za krzakiem i obserwując nasze reakcje. My z Areczkiem bohaterowie, zatrzymujemy się na momencik, żeby nabrać sił przed ostatecznym podejściem na szczyt i rura! I oto pojawia się rozwścieczony Koffcio, mijając nas jak błyskawica, mknie pomiędzy wystającymi krzakami kosodrzewiny. A my z iście stoickim spokojem podążamy ku górze, żeby tam spotkać się z Boguszem, ogrzać się przy płomieniach ogniska i w błogim nastroju kontemplować piękno otaczającej przyrody. .... Wobec przedstawionych wyżej tendencyjnych relacji z tego wydarzenia budzącego we mnie do dziś grozę zrezygnuje z opisywania własnych subiektywnych i za pewne nie prawdziwych odczuć.
Więc sami widzicie co przeżyliśmy tam na górze. Jak się okazało, skarpetki uratowały Areczka od odmrożeń! Oczywiście sandały przemokły! Zjadamy resztkę chleba, sikamy na ognisko (Edyta nie chciała) i … jazda na dół. Tym razem śnieg okazał się pomocny. Takich ślizgów to nie pamiętam od dzieciństwa.
Znowu się rozdzielamy! Co za banda. Jak z dziećmi. W efekcie znajduje szlak, a przed nimi przepaść hehehe. Takiego czucia, co do poprawnego kierunku marszu to jeszcze nie miałem:) Schodzimy powoli, śnieg znika, coraz cieplej i przyjemniej, dzień ma się ku końcowi. Przed nami piękne doliny. A za nami koszmar! Przy schodzeniu, Areczek z Kofciem, po raz kolejny zgubili drogę, ale to już inna opowieść.
Schodzimy do miasteczka i wreszcie jemy coś czarnogórskiego. Potem winko w mieszkaniu (prośba właścicielki o cisze, dziwne tylko jedna – starzejemy się), Kowal wyje z rozkoszy, Edyta osiąga kolejne stany śmiechu (z hihihi poprzez hahaha do rubasznego hohoho)... To był ciężki dzień. 11 godz. w górach, tyle emocji, trudne warunki – szybko zasypiamy. Tu musze pochwalić Edytę, ani grama narzekania – ciągle uśmiechnięta! Opisałbyś dokładniej trasę z mapy (nie chce mi się hehehe).30.04.04 „Flegma zeszła, jad się zbiera” skomentował Kofcio zaczepki Edyty pod swoim adresem. „Ostatni dzień wolności” przywitał nas znowu deszczem. Mieliśmy ogromne szczęście trafiając na taką pogodę. Pakujemy się i do autobusu. Kierunek – słynny most na Tarze. Powoli zjeżdżając w doliny, krajobraz przechodzi wiosenną metamorfozę. W górach jeszcze zima panowała, teraz zieleń aż razi.
Jest to jedyny most nad kanionem rz. Tara. Kanion ponoć drugi, co do głębokości po Kolorado. Most robi ogromne wrażenie, ale kanion … jak dla mnie taki większy Dunajec. Stoki porośnięte drzewami, jakoś nie widać tych wysokości. Decydujemy się na spacer wzdłuż meandrującej w dole Tary. Dopiero po jedenastu km łapiemy stopa (samochody rzadko tu jeżdżą) do Mojkovaca. Stamtąd, w 30 min, pociągiem docieramy do Bijelo Polje. Przy wysiadaniu, brakło peronu, wysiadamy wprost na nasyp kolejowy, ale sądząc po wydeptanych ścieżkach, jest to standard. Miasto nie robi dobrego wrażenia. Szybkie zakupy i idziemy parę km za miasto na stację, gdzie czekamy na pociąg do Belgradu. Przy kolacji, otworzyliśmy wino, które, jak się okazało pociągnęło za sobą kolejne…01.05.04 „Rany! Tośmy godnie powitali z Areczkiem wejście do Unii. Pękły 4 wina w pociągu (cały zapas do Polski). Obudziłem się w śpiworze pod kiblem (nie pamiętam nawet zmiany pociągu, ale twierdzą, że nie chciałem się przesiadać) i pierwsze, co zobaczyłem był krok osoby, która chciała mnie obejść, żeby skorzystać z toalety. Jak się okazało, spaliśmy we trójkę tak ściśnięci, w przestrzeni miedzy toaleta a końcem wagonu. Jedyny Kowal siedział i nie mogąc usnąć całą noc, czuwał nad nami:) Za co mu dzięki! Więc jesteśmy w Unii i w Nowy Sadzie. Postanowiliśmy przejechać Belgrad i zwiedzić Nowy Sad. Jak się okazało, dużo ładniej niż w stolicy. Zamek przy zakolu Dunaju przypomina mi trochę Kraków. Włóczymy się, degustujemy piffko nad dunajskim bulwarem, opalamy, tak mija dzień, znowu poczekalnia dworcowa, kolacja i jeszcze tylko godzina do pociągu... …pociągu do Budapesztu, potem pociąg na Słowację, tam odbieramy samochód, którego naprawa kosztowała tylko 1000 koron. Potrzebne było co prawda jeszcze oderwanie w trybie pilnym elektryka samochodowego od niedzielnego obiadu i przeczyszczenie styków w rozruszniku. Ale to pestka. Na do widzenia Słowak zasugerował : „Dajte Pane to auto na szrot.” Ale nie miał racji, bo maszyna jak żyleta. I tak nastąpił szczęśliwy powrót do Polski.
THE END Postscriptum Muszę, na koniec, wspomnieć o jednej rzeczy. Przezornie Kowal ubezpieczył dodatkowo samochód w PZU - Standardowe ubezpieczenie MOTO-ASSISTANCE na 15 dni za 8.20 Euro. I tu najciekawsze. Dało to nam bezpłatne holowanie auta do serwisu i zwrot kosztów kontynuowania dalszej podróży (dostaliśmy ok 1250 zł - na podstawie przesłanych biletów do PZU - wszystko to dzięki Kowalowi!!!) Tekst: Edyta Areczek Bogusz Kowcio Zdjęcia: Edyta, Bogusz i Kofcio
|
| Powrót do spisu wypraw | Początek strony |