Rozmiar: 31056 bajtów

Egipt
17.11 - 30.11.2005



Występują: Madzia i Hipis


Zdjęcia na początek >>> GALERIA


    Nasza droga do tego państwa nie była bynajmniej drogą najłatwiejszą. Zanim tam dotarliśmy był jeszcze po drodze Meksyk. Meksyk był wypieszczony, oczytany i nawet znaliśmy parę nazw: Chiapas, Jukatan, Buritto i Taco.

Rozmiar: 16857 bajtów
Cóż niestety świat tanich linii lotniczych namówił pogodę i ta nad Jukatanem narobiła niezłego bałaganu. Zaangażowanie pogody podrożyło koszty, którymi przewoźnik obciążył oczywiście podróżników. Tak więc samolot z Brukseli na Cancun poleciał bez nas. Szybka zmiana planów, jeszcze szybsze przeglądniecie ofert. Padło na Egipt. Dlaczego? Ponieważ panoszy się tam swym duchem Wielka Starożytna Cywilizacja. Cywilizacja, która poprzez książki do historii dodawała kiedyś memu tornistrowi z Blokiem i Lolkiem ok. 1 kg żywej wagi. Dodatkowy atut to Morze Czerwone i ciepło, które miało zrekompensować ciężar tornistra oraz zimne, sierpniowe kajaki Magdy. Nie myślcie jednak, że poszliśmy na skróty i wykupiliśmy wycieczkę pod palmami w luksusowym hotelu w Hurghadzie lub na Sanaju. Z tymi przyjemnościami mieliśmy kontakt jedynie poprzez lot czarterowy. Od biura turystycznego TUI wykupiliśmy miejsca w samolocie do Hurgady i na tym koniec z organizowaną formą wczasów. Nasz wrodzony indywidualizm ;) i ambicja globtrotera :) spowodowała, że od lotniska w Hurgadzie miała rozpocząć się nasza konfrontacja z Egiptem, można powiedzieć sam na sam (no dwóch na jednego). Ci, którzy mnie znają wiedzą, że tytułem krótkiego wstępu mógłbym jeszcze wiele napisać niekoniecznie trzymając się tematu, ale tu Was zaskoczę i przejdę już do opisu wyjazdu.



Dzień 1 Kraków – Katowice

    Krzątanina od rana, pakowanie, doszywanie sznurków do naszych napierśników na pieniądze i paszport. Magda okazała się niezłym projektantem i kreatorem mody (PIETRONI TRAVEL TREND). TUI przekazuje nam informację o przesunięciach lotu. Ja oczywiście jeszcze wyskoczyłem na AGH i rynek. Na rynku drobnostka: zakup dodatkowej karty pamięci do aparatu i przewodnika. W końcu podróż przez Egipt na pałę to nawet jak dla mnie lekka przesada. Mieliśmy mnóstwo wydrukowanych relacji. Ale przewodnik zawsze dodaje otuchy. Na lotnisko w Katowicach docieramy transportem własnym. Rafał mój brat pierwszy zabrał samochód do Krakowa. Dla niego to radocha ma furę na dwa tygodnie. Dobrze, że mało nalałem to nie podniesie mi kosztów wyjazdu ;). Kolejne informacje o przesunięciach lotu. Z godz. 20.00 zrobiła się 23.30. Poślizg ten nie wywołał zdenerwowania powodował tylko, iż ślinka ciekła nam jeszcze bardziej. Organizator lotu to prawdziwy fachowiec w budowaniu atmosfery napięcia wyjazdowego. Na koszt przewoźnika dostajemy bułeczkę z herbatą. Przy kolacyjnym stole poznajemy miłych państwa z Bielska. Lecą do Egipty trzeci raz, udzielają nam trochę informacji praktycznych i gratulują determinacji.

Dzień 2 Hudghada - Luksor

Rozmiar: 19975 bajtów
    Lotnisko Hurghada i od razu uderza w nas uczciwość Egipcjan. Gdy by nie to, że też muszą jakoś żyć to europejskich turystów przyjmowaliby po prostu bezinteresownie. Tak więc na początek Egipski przedstawiciel TUI chce nas naciągnąć tylko 20% na 1 wizie. Przytomność i doskonała pamięć Magdy ratuje nas przed nadmiernym wydatkami. Próbujemy namówić Panią rezydent Polkę na podwiezienie nas do centrum ale nie angażuje się za bardzo. Wyjaśnia tylko, że 40ŁE za taryfę to dobra cena. Negocjujemy więc z taksiarzami transport na dworzec PKS w Al. – Dahar. Ustalona cena to 5$. Teraz wiemy, że to masakra i że pani rezydent kiepsko nam podpowiedziała.
Rozmiar: 16857 bajtów
Miejsce do którego docieramy wygląda co prawda jak dworzec ale świadczą o tym jedynie przystanki. Reszta infrastruktury nie istnieje. Kasy biletowe, informacja i inne skrzętnie ukryte są przed potencjalnym klientem. Stan jak na arabski dworzec przystało. Nie wyłamali się ani trochę o czym przekonaliśmy się podczas dalszej podróży. Jest godzina 6, autobus do Luksoru o 11.30, tak nas informują ludzie z dworca. Nikomu nie przychodzi do głowy, że można podpowiedzieć coś z przesiadkami. Magda siedzi kompletnie nieprzytomna. Można powiedzieć, że to jej pilnują plecaki a nie odwrotnie. Ja rześki jak co rano zaczepiam kierowców zajeżdżających autobusów. Okazuje się, że o 7.00 jest autobus do Qena, a to już blisko Luksoru. Wymieniamy na ulicy 10$ po kursie dla FRIENDÓW z Europy 5,25ŁE. Jesteśmy już w drodze. Jedzie nas może 7 osób, w tym 2 to obsługa. Nie ma świń, kur i tłoku, jest natomiast klima. Czytamy gdzie przyjdzie nam dojechać a przewodnik mówi „Qena miejsce pierwszych terrorystycznych ataków na zachodnich turystów” No cóż nadszedł czas stawić czoło przygodzie. Cały świat walczy z terroryzmem, może my się dogadamy. Krajobraz górzysto – pustynny. Nawierzchnia drogi przyzwoita. Zakręty w lewo bierzemy przeważnie pasem przeciwnym przy prędkości 110-130km/h. Jeśli coś jedzie z naprzeciwka pozostajemy na swoim bez zmiany prędkości. Krzywa przejściowa w Egipcie to naprawdę krzywa i chyba wielomian żadnego stopnia jej nie opisze a każdy zakręt prezentuje indywidualny charakter.
Rozmiar: 19975 bajtów
Po 4 godzinach docieramy do Qena. Kierowca autobusu kończący tu zmianę. Okazuje się być jednym z tych prawdziwie bezinteresownych ludzi, których udało się nam spotkać Egipcie. Bez bakszyszy z uśmiechem ale w milczeniu, z powodu barier językowych, doprowadza nas na postój minibusów do Luksoru. 5ŁE za dwoje i jedziemy dalej. Stanowimy wielką egzotykę. Magda odziana w chustę jak reszta pań, w które bus ten obfituje. W busie okazuje się, że mój polar został w autobusie. Oby niewierny polar dobrze służył dzieciom Allacha. Jedziemy ok. 1h. Po drodze mijamy prawdziwy Egipt związany z Nilem i jego kanałami. Pompy wodne pracują na okrągło, mnóstwo osiołków w biegu, z dwukółką, na leżąco, na stojącą, w cieniu płotu i na słońcu.
Luksor wita nas targowiskiem typowym dla miasta Nilu. Wygląda to naprawdę ciekawie. Pytamy o konkretny hotel. Młody człowiek oferuje pomoc. Prowadzi nas targową ulicą jednak do innego hotelu niż chcemy. To tu norma. Cały rajwan, w którym lądujemy, nieprzespana noc, zmęczenie podróżą powoduje, iż nie szarpiąc się wiele decydujemy się na 2 z pseudo-łazienką (łazienka to słowo w stosunku do oferowanych pomieszczeń nadużywane). Chcemy dziś jeszcze wymienić pieniądze i zobaczyć to, co Luksor oferuje sam w sobie. W hotelu podejmują nas herbatką i kuszą super ceną na wyprawę do doliny Królów i Świątyni Hatszepsut. Grzecznie odmawiamy bo zakładamy ze indywidualnie trafimy lepszą ofertę. Miasto, wymiana pieniędzy i duża nachalność sprzedających. Pytasz kogoś gdzie iść do banku a oni idą z tobą bo sądzą ze zapłacisz za przysługę. Prowadzący auta czują się tu jak władcy życia i śmierci. Dobrze, że ktoś to przemyślał i pobudował wysokie krawężniki ograniczając tym samym zasięg ich władzy. Kantor i wymiana. Ulica, znów nachalność: może taxi, bryczka, towarzystwo w spacerze. Idziemy na zespół świątynny Karnak. Jest to ok. 20 minut od hotelu Venus, w który mieszkaliśmy więc nie wiem po co oni chcą tam ludzi wozić. Tak jakby Europejczycy chodzić nie umieli albo kiepsko mi to szło. Karta ISIC, którą Magda podretuszowała działa poprawnie. Wchodzi jako student, ja to mam w standardzie. Karnak prezentuje się nieźle. Włóczymy się z Magdą wśród wielu różnorakich turystów otoczeni olbrzymią ilością wysoko ustawionych kamieni w różnych kształtach. Nabrzeżem wracamy do centrum zaglądając do meczetu. Docieramy do świątyni luksorskiej w mieście. Oglądamy ją zza płotu.
Rozmiar: 16857 bajtów
W nocy i w przygotowanym podświetleniu stanowi przyjemny widok. Oczywiście, każda feluka czeka żeby nas tylko zabrać w podróż po Nilu, o czym informuje nas właściciel chyba każdej zacumowanej łajby. Nareszcie powrót do Hotelu. Higiena osobista kolacja; leczo mamy. Obserwacja targowiska i ulicy, która dopiero po 22.00 zaczyna nabierać rumieńców.



Dzień 3 Luxor – Lewy brzeg.

    Wyprawa do grobowców faraonów rozpoczęta. Siedzimy na lokalnym promie na lewy brzeg Nilu. Dosiada się miejscowy naganiacz i za jedyne 200ŁE oferuje taryfę. Cena oszałamiająca więc targ rozpoczęty. Po lewej stronie gość kosztuje już 80 ŁE za 6h. Na tej cenie przystajemy ale po całym dniu doświadczeń wiemy, że to o wiele za dużo a nasz biznesmen to niezła gnida swoją drogą. Ale o tym za chwilę. Dolina Królów jest ciekawym miejscem wartym uwagi. Szkoda, że niby to jest wybór zwiedzanych grobowców a jakoby go nie było. Tu niestety facet w kasie zanegował kartę ISIC Magdy. Szczwany lisek. Oglądamy trzy z możliwych na jeden bilet grobowców. Grób Tutanchamona pomijamy bo to co naprawdę go wypełniało jest w Kairze w Muzeum. Przez masyw górski musimy dostać się do Świątyni Hatszepsut. Tam o 11.30 czeka na nas taksówka. Oczywiście gdy zaczynamy spacer zjawiają się przewodnicy, którzy chętnie przeprowadzą nas przez ten jakże trudny odcinek górski. Odmawiamy stanowczo pozbywając się natrętów. Z górskiej ścieżki oglądamy sobie jeszcze Dolinę Królów w całości i po 20 minutach docieramy na drugą stronę zbocza. Już jesteśmy nad docelową Świątynią. A według taksiarza miał to być odcinek nie do przejścia prawie. Schodzimy więc ścieżką bardzo sprawnie do kasy i zaopatrujemy się w dwa studenckie 21ŁE/osoba. Oglądamy świątynię, zaglądamy w zakamarki czyli w miejsca gdzie pracują polscy archeolodzy. Nikogo jednak nie spotykamy, widocznie pora nieodpowiednia, może sjesta. Docieramy na parking i stwierdzamy, że do Doliny Królowych jest przez góry tak blisko, iż nie ma sensu jechać taksówką. Informujemy naszego taksiarza o tym fakcie. Proponuję mu zapłacić za 3 h czyli 40ŁE. Gość chce dostać szału. My się upieramy, że przecież otrzymuje swoją zapłatę. On, że chce całość. Zawodzi jakbyśmy chcieli go oszukać. Teraz wiemy jak należało się zachować ale wtedy ulegamy bo nie mamy pojęcia co facet wymyśli. Szlag nas jednak trafia, że jest tak bezczelny bo wiadomo, że nie pracuje tylko dla nas. W czasie kiedy ma od nas wolne robi inne kursy i jeszcze łże jak najęty, że nie. Dolina Królowych to 3 grobowce, które oglądamy w ciągu 45 min. Czekamy sobie na naszą taryfę planując co dalej. Ja bardziej mam ochotę zobaczyć w końcu Egipskie wioski nad Nilem i zrobić je na piechotę na spokojne. Decydujemy się więc na wioski Alabastrowych Rzeźb. Od razu wędrujemy między domostwa. Mają one swój urok ale przeplata się on z wielkim nieporządkiem. To prawdziwy Egipt, tu turyści nie łażą więc tu nie jest na pokaz, tu jest tak jak jest. Docieramy pod jeden wiejski sklepik i zagadujemy o chleb. Pani z córką woła męża, który pracuje z Polakami na wykopaliskach. Ma o nas dobre zdanie i mimo, że nie ma w sklepie pieczywa. On dzieli się z nami bochenkiem własnej produkcji, odmawia przyjęcia pieniędzy i życzy nam zdrowia. Snujemy się więc dalej między lepiankami i polami z trzciną, która wracające skądś dzieciaki konsumują na surowo. Zataczając pętelkę trafiamy do sklepo-warsztatu z wyrobami z alabastru i innego kamienia. Jeden z rzeźbiących bez nachalności nawet opowiada nam trochę o tych kamieniach i własnej pracy. Chwilkę czekamy w umówionym miejscu na naszego taksiarza pijąc z miejscowymi herbatę, oni swoją my z termosu. W aucie chwalę się, że otrzymałem chleb. Taksiarz prosi żeby pokazać, ja ufny robię to bez zahamowań a ten odrywa pajdę i wsuwa. Mamy go więc serdecznie dosyć i kończymy z nim przygodę. Płacimy co umówione a on bezczelnie jeszcze o Bakszysz. Ale już jesteśmy poza autem i nie dyskutujemy z draniem. Wiem, że z naszego punktu widzenia to nie są zawrotne pieniądze ale goście łżą jak najęci. Traktują cię jak debila więc dlatego nie mogę mieć do nich innego stosunku. Wracamy więc znaczny odcinek na piechotę. Ładujemy się na lokalny prom za 1ŁE i już jesteśmy na prawym brzegu. Jutro chcemy do Asuanu i jeszcze za widoku musimy na dworzec. Docieramy tam targowymi ulicami. Dworzec kolejowy w centrum wiecznych chyba prac budowlanych. Mnóstwo kurzu, obsypanej zaprawy a w tym wszystkim kupa opakowań i petów. Dywan śmieci jednym słowem. Na stacji idzie sprawnie pociąg ma być o 7.00 rano i nie ma problemów z zakupem biletów przed odjazdem. Wracamy do hotelu robiąc po drodze owocowe zakupy. Oglądamy też Baptyjski Kościół, w którym otrzymujemy ponoć Św. Olej. Oczywiście namawiają nas grzecznie na co łaska. Robimy jeszcze dziś spacer po straganach i pierwszy raz pucujemy falafel. Popijamy przed snem wiśnióweczkę w ramach profilaktyki i z napiętymi jelitami w oczekiwaniu na przyjęcie miejscowej flory bakterii udajemy się na zasłużony spoczynek.

Dzien 4 Luxor – Asuan.

    O 6.15 jesteśmy już na dworcu. Noc spokojna bez rewolucji żołądkowych. Tak już pozostaje do końca mimo, że żywimy się jak miejscowi. Wchłaniamy owoce i warzywa jak leci. Staramy się tylko dobrze je wyparzać. Pociąg przyjeżdża z opóźnieniem 45 minut ale potem jedziemy już sprawnie. W 4 godziny za 17ŁE po studenckiej zniżce jesteśmy w Asuanie. W Asuanie planujemy zwiedzanie wyspy opisanej w relacjach a tak naprawdę ciągnie nas na pustynie do oaz, gdzie mamy nadzieję na mniejszą komercję i więcej normalnego Egiptu. Asuan oferuje wycieczki na kolejne Świątynie ale nam, te które widzieliśmy wcześniej wystarczają. Dowiadujemy się, iż pociąg do Asjut, z którego udamy się na Pustynię Zachodnią rusza o 23.30. Bez ociągania ruszamy w miasto i nad brzeg Nilu. Już dziś wiemy czego szukać i nie dajemy się felukarzom. Ładujemy się na lokalny prom na Elefantynę. Znów targ z przewoźnikiem, który chce nas kasować po specjalnej taryfie. Po krótkiej przeprawie snujemy się już po nubijskiej wiosce. Jest to na swój sposób ciekawe ale, że to powalająco piękne to już lekka przesada. Dostaję od przechodzącej kobiety małego Nubijczyka do potrzymania. Taka wciśnięta przyjemność okazuje się kosztować mnie bakszysz. Wymiguje się cukierkami Mieszko. Są akceptowane przez niektórych natrętnych. Próba namówienia kogokolwiek na przeprawę do kolejnej wyspy za rozsądną dla nas cenę pełznie na niczym. Tym sposobem darujemy sobie słynną Wyspę Roślin. Wracamy na prawą stronę Nilu. W czasie oczekiwania na otwarcie Muzeum Nubijskiego ruszamy na targowisko, na zakup suszonek. Kupujemy cynamon w laskach tak, aby był do grzańca na długie zimowe wieczory. Do tego dajemy namówić się na herbatę z hibiskusa. Targ trwa. W ramach promocji młody Egipcjanin próbuje bałamucić Magdę makijażem. Nowa egipska piękność opuszcza sklepik i wędrujemy na lokalny „lunch” w jednym z bazarowych zaułków. Popełniamy poważny błąd. Siadamy, jemy, prosimy o herbatę nie pytając wcześniej o cenę. W naszym kierunku płyną uśmiech życzliwości i jest!!! płacimy falafel 4ŁE za sztukę a za jedną herbatę 5ŁE. O ile za falafel płacimy to co poproszono to z herbatą już przegięli. Facet jest jurny, ja się upieram i wciskam mu 2 ŁE. Magda przesuwa się ku wyjściu na ulicę, reszta z dużym zainteresowaniem śledzi moje poczynania i szarpaninę. Ktoś w końcu bierze ode mnie te dwa funty a ja pośpiesznie opuszczam Bar. Muzeum wraz z ogrodem to dość spory obszar. Jest w nim całkiem ciekawie i przyjemnie. Na wstępie wyszedłem na niezłego świra ponieważ po prześwietleniu plecaka muszę zostawić nóż, który ma ok. 35 cm długości. Toż to prawie japoński miecz a jeśli słyszeli co narobił Olbrychski w Zachęcie to wcale się nie dziwię, że mi go odbierają. W muzeum oglądamy czego nie uda nam się zobaczyć w Abu-Simbel. Zbliża się już 19.00 czas gonić po plecaki i na nocny pociąg relacji Asuan - Asjut.

Dzień 5 Asjut – Oaza Charga – Oaza Dachla.

    Zakup biletu w kasach jest niemożliwy, nabywamy go u konduktora w pociągu 33ŁE ale bez miejscówki. Kolejni wsiadający przesuwają nas po wagonach. Przeważnie wsiadają mężczyźni w garniakach. Chyba zmierzają do Kairu. Po 9 h docieramy do celu. Miasto Asjut osnuwa zła sława. Jest to wg przewodnika wylęgarnia ekstremizmu w Egipcie. Jest 5.00, zaraz na dworcu zatrzymuje nas policjant albo wojskowy. Dowiaduje się o celu naszej podróży. Do 7.00 musimy przeczekać w dworcowej kafeterii. Tu jest chyba względnie bezpiecznie. Strażnik z kałaszem krząta się przed cafe ;). Na miasto nam nie wolno. Dobiega 9.00 żołnierz zabiera nas do taksówki, którą mamy przejechać na plac dla minibusów. Jest to 100 m od dworca a taksiarz żąda 20 ŁE za kurs. Oczywiście zaczynamy się targować i bez dyskusji mówimy, że możemy ale za 3ŁE. Chyba nie chce się z nami szarpać bo jakiś gość nie wytrzymuje i każe nam się ładować do tego niebieskiego pick-upa. Dochodzi do śmiesznej sytuacji, Magda w szale pyta za ile a oni, ż już nic tylko wsiadać. Wsiadamy a koło nas goście z kałasznikowami (policja tylko po cywilu;)). Szef tej ekipy konwojującej chyba zdaje sobie sprawę z absurdu całej sytuacji bo wydaje się być człowiekiem, który sporo czasu spędził w Europie.
Siedzimy już w minibusie, coś na razie nieufnie. Jedziemy przez pustynię ale nie taką jak sobie wyobrażałem. Nie ma bajkowych wydm o złocistym piasku. Jest za to piach, który wygląda jak rozsypana słoma. Bardzo ciekawe wygląda jak dojeżdżamy do zbocza i pustynia nagle opada ze 200-300 m w dół. Zjeżdżamy serpentynami i znów płasko i piaskowo-przemysłowo, widać buldożery i koparki. Pustynia to miejsce pracy. A przed oazą Charga miejsce kontemplacji. Jest tu wiezienie, do którego podwożą dziadka z wnukiem. Kobiety jadą pod bramę, mężczyźni zostają na posterunku kontrolnym. Po drodze na każdym takim punkcie pytają skąd my są. Po dwóch takich wszyscy już odpowiadają chórem Bolanda. To szybkie oswojenie się z nami powoduje, że pod więzieniem i ja i Magda wdajemy się w konwersacje z podróżnymi. Docieramy do oazy Charga. Tu nie bawimy zbyt długo. Czekamy tylko na minibusa do dalszej oazy. Podróżni długo się tu zbierają ale jesteśmy w końcu dalej na trasie. Docieramy do oazy Dachla. Oglądamy 3 noclegownie i wybieramy hotel Garden 16ŁE pokój. Ruszamy na obchód miasta, szczególnie części zbudowanej z gliny mułowej. Włóczymy się już po zmroku zaułkami mułowego miasta. Robią niesamowite wrażenie zwłaszcza, że miasteczko nadal żyje. Dopadają nas dzieciaki, które na pytanie „what is your name”, odpowiadają „pen”. Wieczorem zaprzyjaźniony z hotelem taksówkarz podejmuje temat wyprawy do okolicznych miejscowości. Cena, którą podaje jest nie dla nas. Na wieczór cena to 100ŁE. Trudy wyprawy dają znać o sobie i padamy bardzo wcześnie racząc się przed snem wiśnióweczką.

Dzień 6 Oaza Dachla i okolice.

    Dzisiejszy objazd planujemy wykonać pick-upami i minibusami jednak z drogi zawraca nas wczorajszy taksówkarz. Dziś cena to już 25ŁE za osobę. Do spółki jest jeszcze Hans, pracownik socjalny z Niemiec, który jest tu po raz 10. Docieramy do miasteczka Al-Qasr, gdzie istnieje mułowe miasto na ruinach rzymskich. Ruin co prawda nie widziałem ale jest ciekawie. Spędzamy tam około 45 minut. W drodze do auta mijamy daktylowe palmy, z których udaje mi się oberwać resztkę owoców. Pijemy herbatę w ulicznej cafe i konwersujemy z Hansem. Udajemy się do pustynnych grobowców wykutych w ostańcu skalnym. Można sobie pooglądać dobrze zakonserwowane pamiętające rzymski okres zwłoki umieszczone w wykutym grobowcu. Przejeżdżamy przez inne miasteczka oazy, udajemy się również na spacer po wydmach nawiewowych. Nasz plan obejmuje również ciepłe źródła na pustyni. Przy głównej drodze żegnamy się z naszymi towarzyszami podróży. Nie jesteśmy chyba tymi turystami, których taksiarz będzie wspominał z rozrzewnieniem. Wędrujemy sobie pustynną okolicą na fragmencie, której ktoś orze traktorem pustynię. W palmowym gaiku natrafiamy na bijące źródełko. Oczywiście szybka zmiana odzieży i hop do bajorka o żelazawym, zardzewiałym kolorze. Przyznam, że w ten dzień na pustyni ostro wiało i wcale nie był to przyjemny, rozgrzewający wiatr, tak więc kąpiel w tym ciepłym źródełku to prawdziwa przyjemność. Do źródełka przychodzi miejscowy z osiołkiem. Nie wiem czy nie ma nam za złe tej golizny odważnej. Do Dachli docieramy na 16.00 łapiąc na stopa starą ciężarówkę. Kolejny raz spotykamy bezinteresownych ludzi. W ogóle nie chcą od nas żadnej kasy za przysługę a widać, że im się szczególnie nie przelewa. Chcemy spokojnie w hotelu na tarasie, na dachu wypucować pomidory z cebulką, a potem wyruszyć na noc do oazy Farafra. Tu znów zaczyna się przygoda z naszym taksówkarzem, który wyciąga nas ze schodów na taras. Twierdzi, że lada chwila jego kolega minibusem jedzie do Farafry. Skoro można być tam 2 godziny wcześniej to się decydujemy. Okazuje się, że jedziemy jeszcze na plac, który pełni rolę dworca, gdzie mamy chwilkę poczekać na resztę podróżnych. Trafił nas szlak jasny, gość w busie ma tylko nas jako podróżnych. Chwila się przeciąga po czym okazuje się, że nie pojedzie bo chętnych brak. Planowaliśmy jeszcze pospać pod gołym niebem na Pustyni Białej, stąd pomysł na dalsze oazy. Stwierdzamy jednak, że te atrakcje możemy sobie w sumie darować. Decydujemy się więc ruszyć przez noc bezpośrednio do Kairu.

Dzień 7 Kair.

Rozmiar: 19975 bajtów
    Nocną podróż autobusem uprzyjemnia nam głośno zapuszczony telewizor. Leci jakiś stary film z arabskim dubbingiem. Ten język brzmi tak, iż wydaje się, że przez cały czas aktorzy krzyczą na siebie. Odczuwamy zimno nocy pustynnej mimo, że siedzimy w autobusie. Być może to zepsuta klimatyzacja. Ze świtem zbliżamy się do Kairu. Przedmieścia miasta witają nas budynkami pomiędzy którymi co raz albo przebija się śmietnisko albo ładnie utrzymana soczysta zieleń. W tle przedmieścia majaczą szczyty piramid w Gizie. Serce troszkę przyspiesza, w końcu 40 wieków patrzy na nas ze szczytu tych piramid czy jakoś tak mówił do swoich żołnierzy Napoleon. Docieramy do centrum. Na nocleg lądujemy w hotelu BLUE BIRD. Było tanio to raz a i zmęczenie poszukiwaniem najtańszego też dało znać o sobie ;). Jest to taki domohotel typowy dla tego miasta ;). Oprócz nas dwojga i rodziny go prowadzącej nie było tam innych gości. Miejsce jak miejsce i tak wiadomo, że będziemy tak zmęczeni zwiedzaniem, że na wieczór padniemy w nasze „jedwabne” śpiworki i będzie nam wszystko jedno w jakich to się dzieje luksusach.
Rozmiar: 16857 bajtów
Kair to magia, szkoda tylko, że w smogu, ale magii zawsze jakieś dymy towarzyszą. Na piechotkę postanawiamy dotrzeć brzegiem Nilu do dzielnicy koptyjskiej i tzw. „Zawieszonego Kościoła”. Jakoś źle oceniłem odległość i zamiast do dzielnicy Koptów docieramy najpierw do... dzielnicy warsztatów samochodowych. W każdej kamienicy warsztat na parterze a mieszkania na pięterku. Dzieci w takich warunkach chowane nadadzą się z marszu do mieszkania w akademikach. W warsztatach roboty mają bez liku bo tu kierowcy jeżdżą z dużą fantazją i szerokim przepraszającym uśmiechem kiedy obiją współuczestnika ruchu. Idąc dalej w poszukiwaniu śladów Koptów docieramy na Miejską Rzeźnię. Posoka płynie ulicą. Dookoła zero jakichkolwiek turystów. W kamienicach i na zewnętrznych straganach nabite na haki płuca, nery, jęzory, łby ośle, kozie, capie i krowie a po wszystkim buszują muchy. Dodatkowo dzieje się to przy temperaturze powyżej 30 stopni. Magda spaceruje nie wiedząc gdzie oczy schować przed tym widokiem a Nikon dynda na jej szyi. Brakło nam jednak odwagi do robienia zdjęć zwłaszcza, że tam gdzie rzeźnia tam i akcesoria rzeźnicze. Wszędzie noże, tasaki i haki jak na Janosika. Ostatecznie z tego jakże ciekawego miejsca wyprowadzają nas napotkani licealiści. Próbują z nami konwersować po angielsku. Ci, którzy znają mój polot wiedzą, że od tej pory ci młodzi ludzie zyskali nową jakość ;). Docieramy w końcu do celu. Kościół Zawieszony robi na nas wrażenie. Podoba nam się to, iż znajdują się tam darmowi przewodnicy czyli ludzie, którzy szlifują w ten sposób języki obce. Zrozumienie piękna i mistyki takich miejsc wymaga wczytania się w szczegóły architektoniczne, o których opowiada darmowy przewodnik a o których Paskal nie wspomina ni jak. Snujemy się również po starym cmentarzysku i wracamy piechotą do centrum. Po drodze w bardzo, bardzo ubogiej dzielnicy zawitaliśmy jeszcze na obiadokolację do baru dla miejscowych. Pucujemy po raz pierwszy kushari. Płacimy za nie po 2ŁE i nikt nie próbował nas naciągać. Dnia dzisiejszego powoli kończymy zwiedzanie i w końcu po gorącej kąpieli, padamy nieprzytomni w pielesze.

Dzień 8 Kair i okolice: Giza i Saqqara .

    Pobudka względnie wcześnie jak na wakacje;). Mamy napięty grafik. Do piramid dojeżdżamy z placu dla busików mieszczącego się w bliskim sąsiedztwie Muzeum Egipskiego. Cena to jakieś 2ŁE/os o ile mnie pamięć nie zawodzi. Po drodze blisko Gizy pojawił się „friend”. Twierdził, że jest policjantem machnął jakąś legitką opisaną robaczkami i zaoferował pomoc. Dziwne wdawało się jedynie to, że zamiast przybliżać się do widocznych piramid zaczęliśmy się z lekka oddalać. „Friend” ściemniał, że wyglądam jak arab a oczy mam jak jego pierworodny i tu pokazał zdjęcia. Dziecko oczy miało jak węgiel a ja mam niebieskie. Kiedy zwróciłem uwagę, że coś nie tak bo zostawiamy piramidy w tyle, zaczął sprzedawać historię, że dziś nie ma oficjalnego wejścia na teren piramid bo jest wizyta prezydenta ale on nam ze szczerego serca pomoże jak może ;). Opuściliśmy busa w dość szemranym miejscu ale piramidy widać było dość wyraźnie więc nie było paniki. Jakoś niespodziewanie nagle pojawił się drugi „Friend” z końmi i kamelami również gotowymi udzielić bezinteresownej pomocy przybyłym niewiernym i to tak podjeżdżając przez fragment pustyni pod piramidy nie zauważyły nas służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo prezydenta. W sumie to nie wiem dlaczego ale wsiedliśmy na te konie aby po 500 metrach gdy zaczęła się mowa o kosztach i biletach połapać się jaki to policjant ;). Było jeszcze trochę namawiania, labidzenia i kłamstw bezczelnych ale po tych paru dniach wiedzieliśmy, że nie ma się czym przejmować tylko należy iść swoją drogą a gość niech gada zdrów. Gość prawie do samej bramy głównej, która była otwarta na oścież lazł za nami i nawet pod nią trzymał się wersji z prezydentem;). No cóż taki to kraj i należy do tego przywyknąć ale oczywiście nie trzeba akceptować ;). Sfinks i piramidy przyjęły nas po cenie studenckiej ale tam taka masówka, że nikt nie ma czasu przyglądać się kartom ISIC. Oczywiście piramidy i wielki kot - lew robi wrażenie swą potęgą. Ciężko jednak dać się porwać klimatowi tego miejsca ponieważ albo są sfinksy za 1$ za 3 sztuki albo chcą nas wsadzać chajda na koń tudzież wielbłąda. Przysiedliśmy z Magdą pod środkową z trzech wielkich piramid na śniadanko. Puszeczka szprotek w oleju z herbatą Yunnan. Magda chciała uwiecznić mnie w tej scenerii gdyż dodatkowo otoczył mnie tłum arabskich dziewcząt i chłopców w wieku szkolnym. Dziwna to historia bo te dzieciaki wpadły w jakiś trans coś skandowały i krzyczały rytmicznie po swojemu oraz pchały się pod obiektyw jak nawiedzone i omal mnie i szprotek nie zdeptały na miazgę. Z piramidowego wzgórza ładnie widać panoramę Kairu ale miejsce to wyobrażałem sobie inaczej mimo wszystko. Aby znaleźć trochę więcej spokoju w scenerii tych monumentalnych budowli postanowiliśmy się udać do Saqqary, miejsca gdzie znajdują się jedne z najstarszych piramid, piramidy typu schodkowego. Tu trochę powiało klimatem i duchem z kart historii i nawet jakoś tak można było spacerować bezładnie wśród pozostałości z czasów świetności Neferefre, Niuserre czy Ptahszepsesa ;). Udając się do tego miejsca mijaliśmy po drodze domy felachów, „stołówkę” z falafelem za grosiczki i fabrykę dywanów oraz lokal, do którego zwożą zachodnich turystów a z którego dobiegały gorące rytmy salsy. To taka namiastka Meksyku dla nas na otarcie łez ;). W kierunku Kairu zabrał nas złapany na stopa autobus. Pan był tak miły i mimo, że nie zamieniliśmy słowa a jedynie wymienialiśmy grzeczne uśmiechy to bez wahania dałem temu człowiekowi trochę grosza za przysługę jak się czasem zapomnę to i mam gest ;). Wysiadamy na jakimś zjeździe na obrzeżach i dalej łapiemy jakiegoś nadzianego kolesia, który wwozi nas do miasta ale gdzieś na opłotki skąd na własny koszt łapie nam taryfę. Taksiarz oczywiście oszust, gnida przy pierwszej lepszej okazji się nas pozbywa i jeszcze ogląda się za dopłatą ale nie dyskutujemy z cholerą ;). Docieramy do centrum i tego wieczoru jeszcze udajemy się na spacer aby zrobić najsłynniejszą targową ulicę Kairu. Idziemy ale zapada już zmrok i kręcimy po różnych mętnych uliczkach. Po drodze zaczepia nas dobrze ubrany rówieśnik. Opowiada o swoich życiowych przypadkach i biedzie, którą klepie i o tym, że jeśli moglibyśmy go do Polski zaprosić to byłoby super. Nie wiem do dziś co o tym człowieku myśleć bo rzeczywiście tam ludzie z nizin społecznych mają ciężko. Z głodu nie umrą bo zjeść da się tanio ale żeby godnie żyć to raczej problem i to widać na każdym kroku. Jednak przy tylu naciągaczach w jednym miejscu człowiek nie tyle ludziom nie ufa ale staje się co najmniej ostrożny. Idziemy, rozmawiamy i docieramy pod meczety Rifai’ego i sułtana Hasana. Jest godzina 7 więc do środka zapraszają nas na następny dzień, ale mimo mroku oglądamy je z ulicy i przyznajemy, że przy odpowiednim oświetleniu prezentują się godnie ;). Od meczetów docieramy w końcu na najdłuższe targowisko jakie do tej pory spotkałem, na ulicę El-Muizz. Asortyment podobny jak we wszystkich miastach Egiptu z tym, że więcej tu chińszczyzny;) pod nazwą handmade. Docieramy z naszym koleżką pod Bab Zuwajla. W tym miejscu ciśnienie rośnie mi dwukrotnie i nie z powodu zachwytu nad dziełem architektury ale dlatego, że Magda już półprzytomna daje gościowi aparat bo zaproponował, że trzaśnie nam zdjęcie. Przyznam, że na 100 zawsze byłem cienki a i długie dystanse to nie moja domena więc gonitwa w spelunowatych uliczkach Kairu za gościem z naszym aparatem raczej zakończyła by się niepowodzeniem. Ciśnienie wróciło do normy kiedy aparat znów znalazł się w naszych dłoniach. W tym miejscu pożegnaliśmy się z naszym znajomym nieznajomym wymieniając maile i życząc sobie powodzenia. Tego wieczoru kusimy się jeszcze na odrobinę miejscowych wypieków. Słodkie to i tłuste więc mi kompletnie nie podchodzi ale jak człowiek głodny to przymknie oczy i jakoś idzie. Po tej kolacji spożytej pod sklepikiem z biżuterią kończymy dzisiejsze spotkanie z tym miastem udając się do hotelu.

Dzień 9 Kair i okolice: Muzeum Egipskie i meczety.

    Dziś leniwy poranek śniadanie u gospodarzy, ale takie typowe kontynentalne dwa rogale masło, marmolada i jaje. Muzeum Egipskie jest oblegane, środki bezpieczeństwa duże, prześwietlania i takie tam inne spojrzenia. Ekspozycji mnóstwo ale tematyka podobna więc szybko człowiek popada w znudzenie oglądając te same motywy a to z brązu a to z drewna bo akurat działo się gorzej w starożytnym Egipcie a to z kamienia bo się poprawiło. Jest to fascynujące ale pewnie dla pasjonatów;). Muzeum opuszczamy dobrze kolo 13. Na obiad mamy ten wczorajszy apetyczny placuszek, który pucujemy jaszcze na obszarze muzeum. Teraz rozpoczynamy atak na meczety, oczywiście pomimo, że niewiernym nie można do nich wchodzić, to jednak za drobną opłatą robi się tzw. wyjątek ;). Łazimy boso po świątyni ale też po dachach i wieżyczkach dla muezinów. Na koniec tj. kolo 5 docieramy do największych z nich, tj. tych, które pozostawiamy wczoraj. Chcemy jeszcze na wielki cmentarz Al-Chalifa i do Cytadeli ale dzień muzealny się już kończy a na cmentarzu w dzień trzeba uważać a w nocy to już nie należy tam chodzić bo to miejsce zamieszkania żywych i umarłych. W środku dnia zmieniliśmy jeszcze hotel i zwolna zmierzamy w jego kierunku poprzez ulice i place targowe ożywające właśnie teraz na dobre. Jutro rano opuszczamy to miasto. Uczucie jest mieszane bo to mają być wakacje a w wielkim mieście ciężko to poczuć. Z drugiej strony wiemy, że jest tu jeszcze wiele do oglądnięcia. Stwierdzamy jednak, że kiedyś jeszcze wrócimy do Kairu i nie będzie się nam wtedy nudzić ze względu na to iż znamy w nim wszystkie zakamarki.

Dzień 10 Kair - Suez– Hurgada nocą.

    Idąc na dworzec kompletnie bez rozkładu łapiemy momentalnie transport do Suezu. Za oknem busa nic tylko pustynia. Jakieś słupy elektryczne, osiedle bloków na odludziu ale może to fatamorgana. W Suezie zakupy tak na wszelki wypadek bo zastanawiamy się czy nie skusimy się na opuszczenie autobusu gdzieś po drodze. W Zafarana można udać się do klasztorów jednak nie mamy rozeznania jak tam z noclegami a w Paskalu jakoś nie konkretne te informacje, więc tniemy prosto do Hurghady. W sumie to obydwojgu chce się już nad morze i na leżaczek ;) przynajmniej na jakiś dzień. Dojeżdżamy już dość późno bo koło 10 i na szybko szukamy czegoś na nocleg i za przyzwoita cenę. W sumie trochę nam schodzi bo nie możemy zdecydować jaki standard. Jednak oszczędność bierze w nas górę, wybieramy coś schludnego za względnie przyzwoitą cenę 35 ŁE/os (Four Seasons). Nie będę tu już opisywał dnia za dniem w Hurghadzie. Po postu zawrę parę ogólnych uwag - wrażeń. Miasto nadziane turystami to jasne. Plaże ogrodzone i należą do poszczególnych hoteli, więc za wejście się płaci. Oczywiście kolorowe ryby na rafie i nawet wyłowione przez miejscowego choć pewnie nielegalnie. Nawet nie trzeba mieć własnej rurki, płetw i gogli bo dają na łódeczce z przeszklonym dnem. Pytanie tylko czy się nie brzydzisz bo raczej nie są jednorazowe a czajnika z gorącą wodą też nie widziałem;) więc raczej dezynfekcja to słowo nieznane. Wieczorami snujemy się po targowisku i sklepach ze wszystkim. Magda poluje na jakąś lampę do mieszkania. Miejscowi sklepikarze jak wszędzie indziej zagadują nas to po rosyjsku (bo tych obywateli jest tu mnóstwo), to po niemiecku. Z niektórymi nawet przysiadamy i pogadujemy. Posiłki obiadowe robimy sami, zazwyczaj leczo z produktów kupowanych na miejscowym targowisku, które znajduje się jednak trochę w ukryciu i na obrzeżach, żeby jego wysoki standard higieniczny nie kalał ludzi zachodniej cywilizacji. Prowadzimy leniwe życie przez te 3 dni do wylotu. Wieczorem odwiedzamy miejscowe Akwarium. Małe ale sympatyczne i mamy okazję popatrzeć jak ryba murena rozprawia się z kolacją w postaci małych nikomu niewinnych rybek. Udaje się nam też rozerwać na miejscowej dyskotece opanowanej przez angielskich nurków, trochę podpitych i podpalonych ale jest sympatycznie. Naszą salsą rozkręcamy imprezę. Przez większość dni żywiłem się bezmięsnie, więc wybieramy się na kolację na coś twardszego. Dostajemy mniej więcej takie baranie stolce jak te, które Łebmajster opisuje w wyprawie do Rumuni i Wąwozu Turda. W bardzo leniwej atmosferze Hurghady nadchodzi dzień powrotu z wakacji ;). Oczywiście dziś przez Egipt jechałbym znacznie śmielej bo lud przyjazny i więcej należałoby zaglądać w zakamarki ale i tak myślę, że udało nam się zobaczyć więcej niż w standardzie klasycznej wycieczki. Tak naprawdę to wzorem był napotkany Hans, który aby poznać i zobaczyć jak najwięcej wybrał się tam po raz 10 ;).

Rozmiar: 26266 bajtów


THE END


Może jeszcze raz zdjęcia >>> GALERIA

Tekst: Hipis
Zdjęcia: Madzia & Hipis
Spis wypraw Początek