Rumunia - Transylwania
30 - 07.05.2005
| To może same zdjęcia na początek >>> |
 |
Zapraszam do opowieści o osnutej mgiełką tajemniczości krainie zwanej Transylwanią.
Tak na początek, żeby nie było rozczarowań i pretensji. Żadna ona tajemnicza. Nie było kohort cyganów kradnących, co popadnie (były dzieci cygańskie, ale one się dopiero uczyły), nie było policjantów wyciągających ręce tylko po łapówy, nie było nawet wampirów, strzyg, bladych jak ściana niewiast z niedoboru krwi (z charakterystycznymi dwiema rankami na szyi), nie było nabitych na pal nieszczęśników, nawet mgły nie było ani wycia w nocy. No tandeta!!! Była za to normalna wycieczka objazdowa. Więc jeżeli ktoś ma ochotę poczytać o tej nudnej majówce, to zapraszam.
Pojechaliśmy na dwa samochody (pierwszy - Kowal + Areczek, Boguszem i Ewa, drugi – Ortyl + Edyta, Goha, Magda, i Młody). Dwa Renaulty – jak to Ortyl zauważył - będziemy szukać jednego serwisu. Wybór transportu pociągnął za sobą ciągłą gonitwę za kolejnymi zabytkami a nawet zrodził pomysł żeby zaliczyć morze!!! Ciągłe nienasycenie zamków, grodów, skansenów, cerkwi, kościołów itp. dało to, że po powrocie nie pamiętałem gdzie byłem. Zobaczyłem zabytki Rumunii, ale nie poczułem jej atmosfery. Jak japoński turysta, który dopiero w domu widzi na fotografiach gdzie był.
Zrobiliśmy 2600 km (od Krakowa do Krakowa), więc opowiadania trochę będzie.
Zaczynam od przewodnika, bo zawsze jakiś musi być. „Transylwania – twierdza rumuńskich Karpat” wydawnictwo Bezdroża. Godny polecenia a wręcz konieczny.
Parę faktów:
• drogi – nie uwierzycie! Gorsze niż u nas! I to o parę klas. Normalna jazda odbywa się tylko na drogach głównych, tych najgłówniejszych. Jeżeli pojedziecie nawet o klasę niższą drogą możecie się spodziewać wszystkiego, włącznie z brakiem asfaltu i mostu. Słabo oznakowane albo wcale.
• spanie – pola namiotowe, domki, pensjonaty – nie ma problemów, na dziko też, spaliśmy dwa razy i nic nas nie zjadło
• ceny – dokładnie to samo co w Polsce, a miało być tak tanio! Kurs na wyjeździe wahał się ok. 1 E = 35 900 lei, 1$ = 27 400 lei.
LPG od 16 500 do 19 000, benzyna 30 000 do 34 000, ropa ok. 29 500
• karty zniżkowe – a tu to jest niezła sprawa: stare Euro 26 i ISEC, karty autobusowe, nowy dowód osobisty, karta kibica Wisły Kraków – żeby tylko było zalaminowane i ze zdjęciem – w Rumuni jesteśmy studentami!
• żebranie – takie przysłowiowe, kojarzące się z Rumunami – wydaje mi się, że krzywdzące ich, bo to nie rumuńskie tylko cygańskie. Najczęściej dzieci albo kobiety z maluchami. W Oradea, na światłach, grupka dzieciaków - nie chcieli zejść z jezdni gdy po „umyciu” szyb samochodu nie dostali kasy, ale to był początek sezonu, nie rozkręcili na dobre… jakoś przejechaliśmy (po nich)
• psy – jest ich masa, pozostałość po wsiach, na miejscu których Ceausescu zbudował blokowiska. Zazwyczaj duże pasterskie, które urodziły się bezdomne, śpią w parkach, na dworcach, to dla nich normalne - mają luz, którego brak naszym podwórkowym kundlom:)
Nie będę nudził, co dokładnie robiliśmy przez kolejne dni wyjazdu, bo po co to komu. Za to proponuje całkowicie subiektywny opis ciekawszych miejsc na naszej trasie:
Cluj Napoca– już dużo lepsze wrażenie niż Oradea. Zwiedzamy farę św. Michała na pl. Unirii i katedrę prawosławną na pl. Arram Caneu.
Turda– przez miasteczko przelatujemy kierując się na wąwóz Turda. Po 8 km bitą, podziurawioną drogą dojeżdżamy do prowizorycznego parkingu. Dalej nasza droga prowadzi ostro w dół, nie dając pewności, że po niej wrócimy. Samochody, zatem zostają na parkingu a my na najbliższe wzniesienie, co by to sytuacyję skontrolować.
„Oczom ich ukazał się...” W sumie nic nie zapowiadało tego widoku. 50 m poniżej, gdzie masywne skały wskazują wejście do wąwozu ... istny burdel. Bez żadnego ładu samochody, namioty, grille, kakofonia przenośnych źródeł muzyki i masa ludzi – rumuńskie pole namiotowe. Docieramy do wejścia do wąwozu. Płatne 30 000 lei. Oczywiście Edyta ciągle swoje hihihi przeplatane z hahahaha i wchodzi za darmo. Wąwóz jak wąwóz, żadnych szaleństw. Dobrą rzeczą była możliwość wejścia (zaraz jak się skończył) na krawędź wąwozu i powrót górą – takie kółko, w sam raz żeby zacząć intensywnie myśleć o lokalnej kuchni. Na kampingu grill, a tam mici – baranie mielone mięso, formowane w średniej wielkości stolce dorosłego człowieka, opieczone i za 10 000 lei od sztuki. Nawet dobre - jak się trafi na porządnie wysmażone i piwem popije.
Jak się ławo domyśleć, nie zostajemy na noc – lecimy zwiedzać dalej. Zamiast klepiskiem, jakim tu dotarliśmy to innym klepiskiem z drogowskazem Turda (dziwne, w kierunku z jakiego tu przyjechaliśmy nie było strzałki na Turdę). I tu błąd, wręcz katastrofa. Po kilku kilometrach jęków amortyzatorów docieramy do miejsca, gdzie powinien być most. Kurwa, powinien! Po drodze nie było żadnej informacji o tej drobnostce. Po co? Przecież miejscowi wiedzą! Zamiast wracać kontynuujemy drogę (oczywiście w śród jęków amortyzatorów, którym zaczęli wtórować kierowcy) do następnego mostu. Prędkość 10 km/h bardzo pomogła nam w kontemplacji otaczającej nas przyrody, a alkohol jedynie pogłębił to już głębokie uczucie... Wreszcie Asfalt (specjalnie z dużej litery). Kto z nas mógł przypuszczać, że to dopiero początek. Straciliśmy dużo czasu, zabytki czekają, więc korzystamy ze skrótu, żeby ominąć Turdę i ciąć dalej do Targu Mures. O naiwni! Takie małe kreseczki na mapie, prostopadłe do osi drogi naszego skrótu. Tak niewiele. Był to symbol określający „Bad road”. „Bad road” na standardy rumuńskie był koszmarem jak na standardy polskie, a już nie wiem, czym byłby np. na standardy niemieckie. W samochodzie kołysało jak na łajbie otoczonej sztormem, a nasz kierowca, Kowal, jak prawdziwy bosman rzucał mięcho pod adresem sternika Areczka, bo to on nie zauważył tych kreseczek A amortyzatory wyły…
Sighisoara – przyjeżdżamy późną nocą, więc zacznę od polecenia kampingu na szczycie wzgórza (za torami kolejowymi) z piękną panoramą na miasto. Namiot 100 000 lei osoba lub domki 590 000 lei / 2 osoby. Rano wyruszamy na miasteczko. Wita nas przepiękna, kolorowa i standardowo jak na Rumunię zaniedbana starówka. W sezonie masa miejsc gdzie można zjeść i się napić. Perła Transylwanii – przewodnik się nie myli. A jak tam piwo smakuje... ale niestety musimy jechać dalej.
Viscri – z Sighisoary w kierunku na Brasov, w miejscowości Bunesti odbijamy na Viscri. Teraz świadomie decydujemy się na 15 km bitej drogi. Opłacało się. Wszystko tonie w słońcu, kwitnące jabłonie, niebieskie domy... posrać się idzie, taka urokliwa ta wieś. Zgodnie z przewodnikiem odnajdujemy miłą starszą panią Sare, która udostępnia kościół warowny odwiedzającym, tzn puszcza nas samopas po dziedzictwie przodków. Wnętrze surowe, mocno nadgryzione przez czas, ale wpisane na listę UNESCO – ciekawe jak tu trafili. Miejsce zapomniane, jak wiele innych w Krainie Siedmiu Grodów, a szkoda.
Zmierzamy w kierunku na Brasov, zatrzymujemy by podziwiać w oddali zamek w Homorod. Z tego zachwytu a tak naprawdę w celu odprowadzenia zbędnych produktów przemiany materii (czytaj: mocz) Areczeka sandał doświadcza bezpośredniego kontaktu z obcym produktem przemiany materii (czytaj: gówno, krowie gówno). Po natychmiastowej ablucji pod spryskiwaczem samochodowym, Arek dostał pozwolenie na wejście do wozu.
Bran– a dokładnie zamek w Bran i skansen. To tu miał mieszkać hrabia Drakula. Zamek wygląda niewinnie. Miejscowość w pełni przygotowana na najazd turystów, bilet na zamek i skansen 100 000/50 000 lei. Pod zamkiem masa straganów z tajwańskimi pamiątkami z Rumuni. Odwiedziwszy zadbane wnętrza, odegraliśmy krótką scenkę z życia codziennego wampirów, i ocierając krew z warg ruszyliśmy dalej.
Rasnov– opis pozostawiam tym, co tam byli. Czekam na maile - tylko interesująco!!!
Sinaia– kurort pod górami Bucegi, nastawiony na turystów, z cenami wywindowanymi dla turystów. Dobre miejsce do rozpoczęcia wejścia w góry. Jak prawdziwi turyści decydujemy się na kolejkę linową. Wpadamy na stację w Busteni a tam obsługa zamyka nam gondole przed nosem. Biorą łapówę w wysokości 100 000 lei od osoby (normalnie 170 000) i 15 min później jedziemy do Cabana Babele (2206 m). Wagonik pnie się ostro nad skalistym zboczem, przekraczamy krawędź urwiska i co? Płasko! A do tego kupa śniegu, wiatr i znikoma ilość tlenu w powietrzu. Obsługa rozdaje nam aparaty tlenowe, rakiety śnieżne … wróć! Pomylone misie. To nie ten wyjazd. Co do śniegu i wiatru to się zgadza. Widać Omul (lub też Omu) najwyższy szczyt Bucegów – 2507 m. Rozdzielamy się. Część wyrusza na podbój Omula. Ścieżka wznosi się łagodnie do wieży ustawionej na szczycie – takie emeryten party, godzinka spacerku w jedną stronę. Areczek jak zwykle, w sandałach i krótkich spodenkach! Zna chłopak swoje siły, ale ichny GOPRowiec nie, wiec się przyczepił, ale nic nie wskórał, z wiadomej bariery lingwistycznej. Druga grupa, najlepsi z najlepszych (nie wymieniam z czystej skromności), zostaje sprawdzić jak działa piwo Ursus na tej wysokości. Powrót pierwszej grupy przerwał eksperyment. Ze wstępnych wniosków: ma się wrażenie unoszenia:)
W samej Sinaia zwiedzamy Monastyr Sinaia z przepięknie rzeźbionym portalem wejściowym oraz zamek Peles. Zamek wygląda jak z baśni. Rzutem na taśmę łapiemy się na ostatnią wycieczkę (nawet nie wiedziałem, że dziewięć dorosłych osób może się tak rozwlec w czasoprzestrzeni). Oczywiście jako studenci, czyli 50 000 lei od łba. Zamek został zbudowany na polecenie pierwszego króla Rumuni – Karola I w 1883 r. Ciekawe? XIX wiek i dopiero pierwszy król! W Polsce, co wszyscy wiedzą, ale przypominam, ostatni król Stanisław August Poniatowski zakończył panowanie w 1795 r., prawie 100 lat wcześniej! To, dlatego, że Rumunia powstała dopiero w 1878 w wyniku wojny rosyjsko-tureckiej. Przynajmniej mają mniej nauki historii w szkole. Ale wracając do zamku. O jasna cholera, jaki tu przepych! Karol chyba nic nie robił tylko zwoził zabytki, jakoby chciał nadrobić dorobek kulturowy narodu. Ten ogrom aż przeraża. Nie ma kawałka ściany czy sufitu, żeby czegoś nie wcisnęli.
Trasa Transfogarska– miała umożliwić sprawne przemieszczenie wojsk z jednej strony Karpat na drugą – wielki twór rumuńskiego socjalizmu, ale nie bagatelny. Szosa osiąga wysokość 2043 m i na drugą stronę wiedzie 800 m długości tunel. Spodziewałem się ostrych podjazdów. Za to droga wije się niesamowicie, utrzymując jak najmniejsze nachylenie, więc pokonujemy trasę bez żadnych problemów (i o dziwo dziur). Docieramy do schroniska Balea Cascada. Dalej droga jest zamknięta, śnieg jeszcze nie stopniał. Więc mamy możliwość albo wjechać kolejką linową do jez. Balea (2027 m) albo piechotą pod wodospad. Kolejka żeby ruszyła chce 2 000 000 lei (chyba dobrze pamiętam te zera) od całego wagonika - odpuszczamy. Pozostaje krótki spacer po śniegu pod sam wodospad Balea Cascada. Nad nami, na zboczu widać odcinki trasy transfogarskiej – kawał roboty odwalili.
Sybin (Sibiu)– taki mały Kraków, jak przewodnik podaje. Wygląda rzeczywiście interesująco, w sam raz żeby się powłóczyć, gdyby… Gdyby nie remont. Hałdy żwiru, koparki, pakamery – rozkopali chyba równocześnie wszystkie uliczki i oba rynki. Średniowieczną atmosferę szlak trafił. Idziemy na miejscowy przysmak, sądząc po kolejce – kebab w bułce, niby nic specjalnego, ale do tego wrzucają jeszcze frytki!!! I to cudo za jedyne 50 000 lei! Gorąco polecam hehehehe
Cinadioara– malowniczo położona bazylika na wzgórzu a dookoła taka wiocha, jakich w Rumuni wiele. Co do okoliczności przyrody, to tyle pamiętam. Za to dobrze utkwiło w pamięci wino Traminer roz z winnic w Tarnave. Świetny rocznik, wykwintny aromat – dlatego musiałem wspomnieć o tym miejscu. Oczywiście bazyliki nie zwiedziliśmy, jakoś sił brakło
Skansen Astra – za przewodnikiem […] jest jednym z najbardziej niezwykłych skansenów Europy […] i to za jedyne 50 000 lei od osoby. Weszli tylko Magda z Hipisem a reszta… Reszta czekając na tę dwójkę, na parkingu przed wejściem wypiła wszystko, co miało chodźmy minimalną zawartość alkoholu inside. Na efekty długo nie czekaliśmy. Młody z Areczkiem rozpoczęli szturm na wejście do skansenu i budkę telefoniczną. Chłopaki stali się sami w sobie atrakcją turystyczną, do tego stopnia, że ochroniarz musiał interweniować – klientele odciągali!
Calnic– twierdza z XIII w., wpisana na listę UNESCO. W przewodniku czytamy, że można rozbić namioty między plebanią a twierdzą, nad strumieniem. Brzmi zachęcająco. Ledwo, co zatrzymaliśmy się przed drewnianą bramą twierdzy - jak muchy świeże gówno, obległy nas dzieciaki (osoby wrażliwe przepraszam za to porównanie, zwłaszcza Edzia) w wiadomym celu – haracz, wymuszenia, rozboje. Tyle nas tam widziano. Tu mała konkluzja - czy to Ukraina czy Rumunia cyganie mają te same metody wychowawcze… Śpimy na dziko parę kilometrów za wioską, w sąsiedztwie Niemców. I oni tutaj?! Karawan, parę motorów, całe towarzystwo w okolicach pięćdziesiątki – zaczynali pewnie jak my.
Rano uderzamy powtórnie na twierdze. Dzieci nie ma, uff. Oprowadza nas mężczyzna, który z obcych zna tylko język niemiecki, ale wie gdzie jest tablica z informacjami po angielsku, więc dajemy radę. Twierdza jest bardzo dobrze zachowana i zadbana. W kaplicy przewodnik puszcza muzykę poważną, potem pokazuje piwnicę z wiekowymi, ogromnymi beczkami na wino, jeszcze wystawa, parę zdjęć, zakupy pamiątek i żegnamy się jak przyjaciele:)
Hunedoara– toż to kosmos! Gdzie my jesteśmy? Środek zakładów metalurgicznych - w skrócie huta. Np. taka krakowska im. Sendzimira, tylko, że między tym wszystkim żyją ludzie. I stoi ON. Najpiękniejszy średniowieczny zamek Transylwanii. Wygląda ślicznie, majestatycznie i gdybym był, Drakulą to właśnie tutaj bym rezydował. Wstęp za śmieszne pieniądze – 30 000 lei. Lecz środek już w dużo gorszym stanie. Surowość tego miejsca to aż po pysku daje. Dziedziniec - klepisko, szaro i buro. Chodzimy samopas, żadnych tablic informacyjnych, żadnej organizacji – przecież zamku nie wyniosę! A z zewnątrz jest taki profesjonalny…
Już mam dość! Ile można pisać o zamkach i twierdzach!? Na szczęście, oprócz zdjęć, przywiozłem piwo Ciuc – więc samo ciśnie się na usta - no to Ciuc!!!
| Galeria >>> |
 |
Tekst: Bogusz i życie
Zdjęcia: Edyta, Bogusz, Kowal, Młody
|